17 lipca 2009

M. zaczyna od początku. Wyniosłam się ze wszystkich poprzednich blogów i postanowiłam uwić sobie gniazdko tutaj. I w końcu napisze to, co naprawdę ma do powiedzenia na temat tego, co się dzieje. Bo, mówiąc szczerze, mam sedecznie dosyć siedzenia cicho i zachowywania swoich frustracji i obaw tylko dla siebie. Bo nawet tym najbliższym boję się o tym powiedzieć. Bo tak juz niewielu ludzi zostało wokół mnie, ze panicznie się boję, ze kiedy oni się odwrócą, to zostanę zupełnie sama. Nie wierzę juz w ludzi. Nie chcę nawet próbować uwierzyć, ze oni mogą o mnie myśleć to, co mówią. Zaczynam wariować, widzę wokół siebie same spiski, mam wrażenie, że każdy, z kim rozmawiam, chce mnie wyśmiać, wykarzystać - że tak naprawdę nie myślą, że jestem fajna/jazzy/freshy czy jakkolwiek inaczej by tego nie nazwać. Mierzenie ludzi własną miarką? Być moze. Wystarczająco wiele razy w zyciu usłyszałam, ze jestem zimną dwulicową suką, która wykorzystuje ludzi, zeby w to w końcu zacząć wierzyć.
Od jakiś trzech miesięcy mój starannie poukładany świat runął. Leży w gruzach na podłodze mojego pokoju, z dnia na dzień coraz bardziej pokruszony moimi krokami, kiedy tylko wstaję rano z łóżka. Trochę mi nawet zal, kiedy patrze na te skoprupki, na ktorych coraz trudniej rozpoznać kolejne namalowane obrazy - twarze moich dawnych przyjaciol (ktorych stracilam przez wlasna nieodpowiedzialność i ryzykanctwo), sceny, ktore kiedys znaczyly dla mnie wiele, nawet dawną mnie. Prawie jak ocalałe po pozarze fotografie rodzinne, ktore kiedyś zdobiły miejsce nad kominkiem w salonie. Odeszło - wszystko odeszło, a ja muszę to teraz dźwignąć. Poradzę sobie w końcu, wiem o tym. Nie raz przwracałam sobie całe zycie na własne zyczenie i nie raz układałam je od nowa. Ja nie potrafię usiedzieć w miejscu, nie jestem w stanie znieść zbyt długiego spokoju, panicznie boję się rutyny i stagnacji. W pewnym sensie nawet lubię te stany, kiedy nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie kolejnego dnia, konsekwencji jednego słowa czy jednego ruchu. Jestem ryzykantką - niemal we wszystkim, począwszy od rzucania się na główkę do płytkiej kamienistej rzeki, a kończąc na wygarnięciu w oczy kilku niemiłych słów większości znajomch. Ale żeby dojsć do takiego stanu, muszę długo milczeć. I chyba właśnie teraz mija ta chwila, kiedy owo "długo" przeradza się w "zbyt długo" i zaczynam kolejne - w pewnym sensie również niebezpieczne - przedsięwzięcie. Otwieram drugą odsłonę morituritesalutat.blogspot.com .

1 komentarz:

  1. Możliwe, że zabrzmiało grafomańsko. Jak teraz przeczytałem - no faktycznie. A wcześniej mi się podobało, tworzyło taki rytm. No nie wiem... Heh, jak to łatwo człowiekowi coś wcisnąć (nie odbieraj tego zbyt negatywnie). Albo inaczej - jaki ja podatny na cudze opinie. A nonszalancja? Raczej pogarda. Nienawiść to jednak zbyt dużo w tej sytuacji (zresztą samo słowo raczej nie ma takiej mocy).

    Tak nawiasem to witam ciepło, bo się znamy :) Z wrodzonej ciekawości spytam jeszcze: jak trafiłaś na 'nierealizm'?

    A mogę też się przyczepić? "te salutaNt"

    OdpowiedzUsuń