www.youtube.com/watch?v=9hI4bSCy9iE
K. mi się przypomniał. I te dwa tygodnie na przełomie listopada i grudnia. To już prawie rok... Myślałam, że już zapomniałam. Bo kiedy słucham Kanału potrafię myśleć o czymś kompletnie innym. To dlatego włączyłam Buriala . Zresztą J. puszczała go, kiedy całą paczką siedzieliśmy ostatnio u F. - i jakoś nic. Może to kwestia obecności innych osób. A teraz jestem sama, słucham po raz któryś już Archangela i wspominam to co wydarzyło się między K. a mną. Nie widzieliśmy się od tego czasu. A. wspominała kiedyś, że zszedł się ze swoją byłą - chyba nawet tą, po której miałam stanowić terapię. Nieważne. Nie tęsknię za nim jak za byłym facetem, tęsknię za nim jak za kimś, z kim można by rozmawiać na tyle tematów, od kogo jeszcze tylu rzeczy mogłabym się nauczyć. Choćby prozaicznie, o muzyce. W końcu to dzięki niemu zaczęłam doceniać elektronikę i psychorap, dzięki niemu wróciłam do poezji śpiewanej. Dzięki niemu spojrzałam inaczej na fantasy i science fiction. Dzięki niemu zaczęłam układac inaczej swoje priorytety, zmieniłam podejście do miłości. Wszystko w ciągu dwóch tygodni, podczas których widzieliśmy się właściwie nawet nie trzy dni. Ale te godziny nocnych rozmów telefonicznych, przez które spałam po trzy godziny na dobę zrobiły swoje. Był - i chyba nadal jest - kimś ważnym, jakby nawet ważną częścią mnie samej. Ja go właściwie nawet kochałam, w pewien irracjonalny i nielogiczny sposób. Ale nie tak, jak teraz kocham G. - różnica leży w tym, że w stosunku do G. naprawdę czuję się jego dziewczyną, partnerką, w pewnym sensie. Z G. jesteśmy na mniej więcej równych prawach. Moje relacje z K. wyglądały zupełnie inaczej - był moim mentorem, nauczycielem. Ja byłam czymś pośrednim pomiędzy kochanką i uczennicą. Albo raczej jednym i drugim jednocześnie. Paradoksalnie, bo właściwie nic się między nami nie stało - bo i jak miało się stać? Może zabrzmi to dziwnie (idiotycznie wręcz), ale to wszystko odbyło się w sferze mentalnej - on jako jedyny dotychczas widział tę stronę mnie, którą naprawdę powinien zobaczyć psychiatra. Nie żartuję - niewielu ludzi to wie i niewielu by w to uwierzyło, ale taka strona istnieje - istnieje i histerycznie śmieje się, zadając fizyczny ból innym i sobie.
K. mi się przypomniał. I te dwa tygodnie na przełomie listopada i grudnia. To już prawie rok... Myślałam, że już zapomniałam. Bo kiedy słucham Kanału potrafię myśleć o czymś kompletnie innym. To dlatego włączyłam Buriala . Zresztą J. puszczała go, kiedy całą paczką siedzieliśmy ostatnio u F. - i jakoś nic. Może to kwestia obecności innych osób. A teraz jestem sama, słucham po raz któryś już Archangela i wspominam to co wydarzyło się między K. a mną. Nie widzieliśmy się od tego czasu. A. wspominała kiedyś, że zszedł się ze swoją byłą - chyba nawet tą, po której miałam stanowić terapię. Nieważne. Nie tęsknię za nim jak za byłym facetem, tęsknię za nim jak za kimś, z kim można by rozmawiać na tyle tematów, od kogo jeszcze tylu rzeczy mogłabym się nauczyć. Choćby prozaicznie, o muzyce. W końcu to dzięki niemu zaczęłam doceniać elektronikę i psychorap, dzięki niemu wróciłam do poezji śpiewanej. Dzięki niemu spojrzałam inaczej na fantasy i science fiction. Dzięki niemu zaczęłam układac inaczej swoje priorytety, zmieniłam podejście do miłości. Wszystko w ciągu dwóch tygodni, podczas których widzieliśmy się właściwie nawet nie trzy dni. Ale te godziny nocnych rozmów telefonicznych, przez które spałam po trzy godziny na dobę zrobiły swoje. Był - i chyba nadal jest - kimś ważnym, jakby nawet ważną częścią mnie samej. Ja go właściwie nawet kochałam, w pewien irracjonalny i nielogiczny sposób. Ale nie tak, jak teraz kocham G. - różnica leży w tym, że w stosunku do G. naprawdę czuję się jego dziewczyną, partnerką, w pewnym sensie. Z G. jesteśmy na mniej więcej równych prawach. Moje relacje z K. wyglądały zupełnie inaczej - był moim mentorem, nauczycielem. Ja byłam czymś pośrednim pomiędzy kochanką i uczennicą. Albo raczej jednym i drugim jednocześnie. Paradoksalnie, bo właściwie nic się między nami nie stało - bo i jak miało się stać? Może zabrzmi to dziwnie (idiotycznie wręcz), ale to wszystko odbyło się w sferze mentalnej - on jako jedyny dotychczas widział tę stronę mnie, którą naprawdę powinien zobaczyć psychiatra. Nie żartuję - niewielu ludzi to wie i niewielu by w to uwierzyło, ale taka strona istnieje - istnieje i histerycznie śmieje się, zadając fizyczny ból innym i sobie.
(Boże, miałam jakąś irracjonalną nadzieję, że ten track się nie odtworzy - odtworzył się: Burial - Endorphin ).
G. jest w pewien sposób nawiązaniem do K. - są kompletnie różnymi osobami. Nie ma ani jednej rzeczy, która by ich łączyła. Nigdy nie spotkałam ani nie zestawiłam dwóch osób w taki sposób. Choćbym nie wiem, ile szukała, w żadnym z nich nie ma nic, co miałby ten drugi. To chyba dlatego mogę kochać G. - bo K. czciłam. K. był dla mnie bóstwem, G. jest dla mnie "moim mężczyzną". Byłam właściwie własnością K., dla G. jestem "jego", ale wciąż mam kawałek siebie, do którego nie ma dostępu.
Muszę go wymazać z pamięci - choć wiem, że będzie to długi i bolesny proces, K. musi odejść.