08 sierpnia 2009

www.youtube.com/watch?v=9hI4bSCy9iE

K. mi się przypomniał. I te dwa tygodnie na przełomie listopada i grudnia. To już prawie rok... Myślałam, że już zapomniałam. Bo kiedy słucham Kanału potrafię myśleć o czymś kompletnie innym. To dlatego włączyłam Buriala . Zresztą J. puszczała go, kiedy całą paczką siedzieliśmy ostatnio u F. - i jakoś nic. Może to kwestia obecności innych osób. A teraz jestem sama, słucham po raz któryś już Archangela i wspominam to co wydarzyło się między K. a mną. Nie widzieliśmy się od tego czasu. A. wspominała kiedyś, że zszedł się ze swoją byłą - chyba nawet tą, po której miałam stanowić terapię. Nieważne. Nie tęsknię za nim jak za byłym facetem, tęsknię za nim jak za kimś, z kim można by rozmawiać na tyle tematów, od kogo jeszcze tylu rzeczy mogłabym się nauczyć. Choćby prozaicznie, o muzyce. W końcu to dzięki niemu zaczęłam doceniać elektronikę i psychorap, dzięki niemu wróciłam do poezji śpiewanej. Dzięki niemu spojrzałam inaczej na fantasy i science fiction. Dzięki niemu zaczęłam układac inaczej swoje priorytety, zmieniłam podejście do miłości. Wszystko w ciągu dwóch tygodni, podczas których widzieliśmy się właściwie nawet nie trzy dni. Ale te godziny nocnych rozmów telefonicznych, przez które spałam po trzy godziny na dobę zrobiły swoje. Był - i chyba nadal jest - kimś ważnym, jakby nawet ważną częścią mnie samej. Ja go właściwie nawet kochałam, w pewien irracjonalny i nielogiczny sposób. Ale nie tak, jak teraz kocham G. - różnica leży w tym, że w stosunku do G. naprawdę czuję się jego dziewczyną, partnerką, w pewnym sensie. Z G. jesteśmy na mniej więcej równych prawach. Moje relacje z K. wyglądały zupełnie inaczej - był moim mentorem, nauczycielem. Ja byłam czymś pośrednim pomiędzy kochanką i uczennicą. Albo raczej jednym i drugim jednocześnie. Paradoksalnie, bo właściwie nic się między nami nie stało - bo i jak miało się stać? Może zabrzmi to dziwnie (idiotycznie wręcz), ale to wszystko odbyło się w sferze mentalnej - on jako jedyny dotychczas widział tę stronę mnie, którą naprawdę powinien zobaczyć psychiatra. Nie żartuję - niewielu ludzi to wie i niewielu by w to uwierzyło, ale taka strona istnieje - istnieje i histerycznie śmieje się, zadając fizyczny ból innym i sobie.


(Boże, miałam jakąś irracjonalną nadzieję, że ten track się nie odtworzy - odtworzył się: Burial - Endorphin ).


G. jest w pewien sposób nawiązaniem do K. - są kompletnie różnymi osobami. Nie ma ani jednej rzeczy, która by ich łączyła. Nigdy nie spotkałam ani nie zestawiłam dwóch osób w taki sposób. Choćbym nie wiem, ile szukała, w żadnym z nich nie ma nic, co miałby ten drugi. To chyba dlatego mogę kochać G. - bo K. czciłam. K. był dla mnie bóstwem, G. jest dla mnie "moim mężczyzną". Byłam właściwie własnością K., dla G. jestem "jego", ale wciąż mam kawałek siebie, do którego nie ma dostępu.

Muszę go wymazać z pamięci - choć wiem, że będzie to długi i bolesny proces, K. musi odejść.

20 lipca 2009

Weltschmerz mam jakiś czy coś.
Nie wiem co to jest i nie chcę wiedzieć. W każdym razie jest mi źle. Z jednej strony chce zeby juz bylo jutro, z drugiej wole, zeby to jutro nigdy nie przyszło. Bo jest szansa, ze ten dzien bedzie piekny, a jest tez ze bedzie jednym z najgorszych w osatnim czasie. Chwilami się zastanawiam czy było warto az tyle poświęcać. Czy jedna osoba moze mi dać tyle, ile ci wszyscy od których się dla niej odcięłam. Ale kiedy się nad tym głębiej zastanowić, to wiem, ze tak.
Zyje w zawieszeniu. Ktoś mi kiedyś powiedział, ze kiedy czeka sie na jakies momenty, to tak, jakby sie miedzy tymi momentami nie zylo. Fakt - ja zyje tylko dla tych chwil, kiedy nie jestem sama. A nie jestem sama tylko przy tych nielicznych, ktorzy jeszcze sprawiaja, ze sie uśmiecham. Czyli albo czekam, albo zyje. Szkoda tylko, ze to czekanie trwa tak dlugo, a kiedy juz sie doczekam, na sile chce mi sie wydrzec te nieliczne chwile szczescia.

Jak ja bym chciala móc budzić się codziennie z Tobą...

19 lipca 2009

Chcę powtórkę z wczoraj.
Było cudownie. Mimo, że większość powiedziałaby, że nie stało się nic nadzwyczajnego. Panie, wybacz im, albowiem nie wiedzą, o czym mówią. Jedno tylko mam do powiedzenia: najbardziej kocham Cię kiedy mnie dotykasz.

Karolak i czekolada. To nie jest dobry epilog do dnia wczorajszego.


Nie mam siły o tym pisać. To jest tylko nasze.

17 lipca 2009

M. zaczyna od początku. Wyniosłam się ze wszystkich poprzednich blogów i postanowiłam uwić sobie gniazdko tutaj. I w końcu napisze to, co naprawdę ma do powiedzenia na temat tego, co się dzieje. Bo, mówiąc szczerze, mam sedecznie dosyć siedzenia cicho i zachowywania swoich frustracji i obaw tylko dla siebie. Bo nawet tym najbliższym boję się o tym powiedzieć. Bo tak juz niewielu ludzi zostało wokół mnie, ze panicznie się boję, ze kiedy oni się odwrócą, to zostanę zupełnie sama. Nie wierzę juz w ludzi. Nie chcę nawet próbować uwierzyć, ze oni mogą o mnie myśleć to, co mówią. Zaczynam wariować, widzę wokół siebie same spiski, mam wrażenie, że każdy, z kim rozmawiam, chce mnie wyśmiać, wykarzystać - że tak naprawdę nie myślą, że jestem fajna/jazzy/freshy czy jakkolwiek inaczej by tego nie nazwać. Mierzenie ludzi własną miarką? Być moze. Wystarczająco wiele razy w zyciu usłyszałam, ze jestem zimną dwulicową suką, która wykorzystuje ludzi, zeby w to w końcu zacząć wierzyć.
Od jakiś trzech miesięcy mój starannie poukładany świat runął. Leży w gruzach na podłodze mojego pokoju, z dnia na dzień coraz bardziej pokruszony moimi krokami, kiedy tylko wstaję rano z łóżka. Trochę mi nawet zal, kiedy patrze na te skoprupki, na ktorych coraz trudniej rozpoznać kolejne namalowane obrazy - twarze moich dawnych przyjaciol (ktorych stracilam przez wlasna nieodpowiedzialność i ryzykanctwo), sceny, ktore kiedys znaczyly dla mnie wiele, nawet dawną mnie. Prawie jak ocalałe po pozarze fotografie rodzinne, ktore kiedyś zdobiły miejsce nad kominkiem w salonie. Odeszło - wszystko odeszło, a ja muszę to teraz dźwignąć. Poradzę sobie w końcu, wiem o tym. Nie raz przwracałam sobie całe zycie na własne zyczenie i nie raz układałam je od nowa. Ja nie potrafię usiedzieć w miejscu, nie jestem w stanie znieść zbyt długiego spokoju, panicznie boję się rutyny i stagnacji. W pewnym sensie nawet lubię te stany, kiedy nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie kolejnego dnia, konsekwencji jednego słowa czy jednego ruchu. Jestem ryzykantką - niemal we wszystkim, począwszy od rzucania się na główkę do płytkiej kamienistej rzeki, a kończąc na wygarnięciu w oczy kilku niemiłych słów większości znajomch. Ale żeby dojsć do takiego stanu, muszę długo milczeć. I chyba właśnie teraz mija ta chwila, kiedy owo "długo" przeradza się w "zbyt długo" i zaczynam kolejne - w pewnym sensie również niebezpieczne - przedsięwzięcie. Otwieram drugą odsłonę morituritesalutat.blogspot.com .